^ powrót ^
Pewnego dnia wuj Carol, który zawsze miewał wyjątkowe
pomysły, zaprosił do siebie wszystkie dzieci Lehndorffów oraz mnie. Postawił
tylko jeden warunek: bez dorosłych. [...] Wuj Carol zabawiał nas iście po
królewsku, choć byliśmy tylko bandą małych dzieciaków w wieku od 13 do 16
lat. Oznajmił nam, że możemy robić co tylko chcemy, bylebyśmy punktualnie
zjawili się na kolację. Najwyraźniej przygotował dla nas jakąś
niespodziankę. I rzeczywiście wieczorem czekała na
nas wielka atrakcja: konkurs w jedzeniu na wyścigi mewich jaj - dla
zwycięzcy przewidziano nagrodę. Nie pamiętam, kto wtedy wygrał. W każdym
bądź razie pochłonęliśmy całe tuziny tych zielono-marmurkowych jajek, a gdy
już więcej nie mogliśmy jeść, na stole pojawił się jeszcze krem czekoladowy.
Rezultat był porażający. Następnego ranka czułam
się jak pod psem. Z trudem zebrałam się, by wstać z łóżka i tylko po to, by
się przekonać, że wszyscy są bladzi i markotni i wciąż leżą w pościeli. Przy
łóżku najmłodszego stało duże, białe, emaliowane wiadro.
z książki Marion von Dönhoff:
Dzieciństwo w Prusach Wschodnich